9. Poszukiwania
Przestrzeń mieniąca się różnymi odcieniami fioletu. Dookoła niezliczone iskry, świecące słabo we wszystkich możliwych barwach i odcieniach. Jedna z nich - złota - jest jaśniejsza i to właśnie z niej wydobywa się głos.
Pomóż mi
W głosie słychać narastający strach. Niebezpieczeństwo zbliża się wielkimi krokami i głos doskonale o tym wie. Błaganie o pomoc powtarza się raz za razem, coraz bardziej spanikowane. Ale czas się skończył. Rozlega się grzmot. Wykrztuszone przez ściśnięte gardło "Za późno..." i głos milknie, przerażony oczekując swego losu. Słychać kolejne grzmoty. Krótki, urwany krzyk. Jedna z iskier rozpala się i przestrzeń wypełnia czerwone światło...
***
Był słoneczny, pogodny poranek, jeden z tych, które wprawiają mnie w dobry humor. Jednak tego dnia ani mnie, ani Koniczynce nie było do śmiechu. Siedziałyśmy w pokoju hotelowym i w ponurym milczeniu jadłyśmy śniadanie. W końcu jednak trzeba było zadać to pytanie.
- Czy ty też o tym śniłaś? - padło z dwóch gardeł niemal równocześnie.
Oczywiście, że śniłyśmy o tym samym. Cephiriańskie pochodzenie ma swoje zalety - naturalne wyczulenie na magię na ten przykład. Odebranie we śnie wezwania o pomoc nie należało do niezwykłości. A ten konkretny sygnał był wyjątkowo wyraźny.
- Myślisz, że to się już wydarzyło? - spytała młoda druidka nieco drżącym głosem. W jej oczach widać było niepokój.
- Nie wiem - odparłam. - Ale wydaje mi się, że nie. Widziałybyśmy więcej szczegółów... To raczej ostrzeżenie. Problem polega na tym, że nie wiemy przed czym dokładnie.
- Ani jak wiele czasu nam zostało - weszła mi w słowo. - Albo raczej jak mało.
- Miejmy tylko nadzieję, że nie zbyt mało. Skontaktuję się z Drizztem, a ty zmolestuj tutejszą policję, może mają coś nowego...
Znajomość ze skrzywdzonym przez kiepską literaturę mrocznym elfem bardzo pomogła nam w uporaniu się z procedurami Międzywymiarówki. W przypadkach osób zaginionych w światach Policja Międzywymiarowa jest ogromną pomocą. Dzięki nowoczesnym paszportom możliwa jest w miarę dokładna lokalizacja osoby zaginionej. Oczywiście, po długich bojach z biurokracją, mającą uniemożliwić nadużycia. Obeznany z procedurami Drizzt pomógł nam skrócić oczekiwanie na rozpatrzenie wniosku do minimum. Dzięki temu poszukiwania rozpoczęły się już w dwa dni po zaginięciu Violet. I, że tak to ujmę, wszystko byłoby fajnie, gdyby nie jedno małe "ale"...
- Jak to NIE DZIAŁA?! - wydarłam się na urzędnika, który najwyrażniej niewiele sobie robił z mojej irytacji i ze stoickim spokojem popijał kawę. Miał szczęście, że tym razem Koniczynka została w domu, bo zapewne roztrzaskałaby mu kubek na głowie.
- Zwyczajnie. Nie działa. Sprzęt czasami tak miewa. Tu kabelek, tam wirusik, gdzie indziej zakurzony wiatraczek czy inne cholerstwo... Tak czy siak, nie działa. I w najbliższym czasie nie zadziała. Czy teraz mogę już w spokoju zająć się swoimi sprawami?
Zgromiłam mężczyznę wzrokiem. Niestety, nieszczególnie się przejął. Zdolność "jak spławić petenta", właściwą dla każdego doświadczonego urzędnika, miał wyjątkowo dobrze opanowaną.
- A kiedy mogę się spodziewać działającego sprzętu? - wycedziłam przez zęby.
- A czy ja wyglądam na wróżkę? Jak się jakiś informatyk przypałęta. Żeby się coś magicznego zepsuło, byłoby prościej, magów ci u nas dostatek. Ale technicznych z reguły brakuje. W związku z tym sobie pani poczeka...
- A tak mniej więcej? - Powoli opadało mnie zwątpienie.
- Nie mam najbledszego pojęcia. Może jutro, może za miesiąc. Chwilowo informatycy zajmują się jakimś śmiesznym ustrojstwem z mnóstwem cyferek w nazwie. I nie, oni też nie wiedzą, kiedy skończą. Chyba tylko wielkie bóstwo informatyków, które pewne też ma pogibane imię, zna prawdę. Więcej nic pani nie powiem, bo i nie ma co. Byłbym wyjątkowo wdzięczny, gdyby w końcu dałaby mi pani spokój.
Trzasnęłam drzwiami. Zaraza i opryszczka na cały urzędniczy naród! Drizzt niestety nie mógł mi pomóc. Zasugerował jednak, że gdyby udało mi się znaleźć jakiegoś własnego informatyka...
***
Po pokoju krążyła mała, brazowo-zielona chmura burzowa, mrucząc pod nosem coś o "karygodnym zachowaniu" i "kompletnym braku kompetencji". Z rozbawieniem obserwowałam poirytowaną druidkę. Zaiste, urzędnik miał wiele szczęścia, że Koniczynka została w hotelu, bo doszłoby do rękoczynów. W końcu jednak wypalił się jej gniew. Z głębokim westchnieniem opadła na kanapę.
- Już? - spytałam z lekkim uśmieszkiem. - Skończyłaś?
- Powiedzmy - mruknęła. - Dobija mnie po prostu ta sytuacja... Policja nic nie wie, a w Międzywymiarówce odmawiają współpracy... Co możemy zrobić?
- Właśnie chciałam powiedzieć. Zastanawiałam się, kto mógłby nam pomóc. W tym świecie znamy tylko jednego informatyka...
- Shailę O'Malley - weszła mi w słowo dziewczyna. - Ale ona wróciła do siebie, ma pracę i w ogóle... Poza tym musiałybyśmy powiedzieć jej prawdę o naszym pochodzeniu...
- Owszem. Tylko że ściągnięcie kogoś z innego świata zajmie co najmniej półtora tygodnia. Nie mamy tyle czasu. Ten sen...
- Nie kończ - gwałtownie przerwała mi Koniczynka. - Tak, wiem. Nie mamy czasu. Cóż, nie zaszkodzi zadzwonić i spytać.
- Lepiej osobiście - stwierdziłam podnosząc słuchawkę telefonu. - Shaila? Cześć, tu Maya. Słuchaj, jest sprawa, czy Koniczynka i ja możemy do ciebie wpaść? Akurat będziemy w okolicy...
***
Dwie godziny później Koniczynka i ja wychodziłyśmy z portalu na dworcu centralnym w falańskim mieście Arran. Pociąg, którym według oficjalnej wersji przyjechałyśmy, właśnie wjechał na peron. Szybko odnalazłyśmy w tłumie Shailę. Koniczynka z radosnym okrzykiem rzuciła się dziewczynie na szyję.
- Zostaw mnie, szalona! - wykrzyknęła Shaila, śmiechem maskując zakłopotanie. - Maya, czy mogłabyś zdjąć ze mnie tę wariatkę?
- Tam zaraz wariatkę - nafuczyła się druidka. - Ja tak z miłości!
- No już, już, za dużo miłości na raz też szkodzi - wtrąciłam się. - Chodźmy może do jakiejś kawiarenki, czy coś, musimy pogadać.
...żeby to było takie proste. Shaila słuchała naszych wyjaśnień z szeroko otwartymi oczyma. Przyznam, że odczuwałam pewien niepokój. Ludzie bardzo różnie reagują na informację o istnieniu wielu wymiarów. Często nie chcą uwierzyć. I nawet nie chodzi o to, że brakuje dowodów, bo z reguły są - ot, wystarczy otworzyć portal. Ale najpierw taki delikwent musi w ogóle chcieć te dowody zobaczyć. A naprawdę, zdarzało się, że samo stwierdzenie "pochodzę z innego świata" było wystarczającym powodem do błyskawicznego zakończenia znajomości. W najlepszym razie.
- ...i właśnie dlatego chciałyśmy cię prosić o pomoc. Mamy nadzieję, że gdyby udało się uruchomić sprzęt Międzywymiarówki, znalazłybyśmy jakiś ślad Violet.
Shaila milczała przez chwilę. W głębokim zamyśleniu piła herbatę, rozważając, czy powinna nam uwierzyć. W końcu padło to jedno krótkie zdanie:
- Pomogę wam.
Kamień spadł mi z serca. Koniczynka, która najwyraźniej w oczekiwaniu na odpowiedź wstrzymała oddech teraz mogła odetchnąć z ulgą, by w chwilę później głośno dać wyraz swojemu entuzjazmowi. Wzrok Shaili i mój spotkały się i na twarzy dziewczyny pojawił się nieśmiały uśmiech. Głęboko w jej oczach dostrzegłam wiarę. I wiedziałam już, że naprawdę nam pomoże.
***
Shaila z mieszaniną fascynacji i strachu wypisaną na twarzy wpatrywała się w portal, którego obramowanie właśnie pokrywało się złotymi kwiatami koniczyny. Koniczynka w skupieniu mamrotała ostatnie słowa zaklęcia. Coraz lepiej jej szło, portal już bardziej przypominał owal niż jajo.
- Niezwykłe - wyszeptała Shaila, dotykając srebrzystej substancji wypełniającej portal. Poczuwszy iskierki magii na skórze, cofnęła gwałtownie rękę. Z jej twarzy znikł już lęk, ustąpiwszy miejsca ciekawości. Bez wahania przekroczyła portal. Intrygującym było obserwowanie malujących się na jej twarzy emocji, wywołanych przez kontakt z taką ilością magii. Trochę jej zazdrościłam. Kiedy dorasta się w tak przesiąkniętym magią kraju jak Cephiro, nie wywołuje ona takiego zachwytu. Jak piękny kwiat, który widziany każdego dnia powszednieje, wtapia się w otoczenie. Ale gdy widzi się go po raz pierwszy... W oczach Shaili można było bez problemu wyczytać, że już nigdy nie zapomni tej chwili. I że będzie ją wspominać jako jedną z najpiękniejszych w swoim życiu.
Kilka minut później nastrój zmienił się diametralnie. Po krótkiej kłótni z tym samym co poprzednio urzędnikiem, interwencji Drizzta i złożeniu pisemnego oświadczenia, że jak coś popsujemy to zapłacimy, Shailę w końcu dopuszczono do sprzętu. Dziewczyna od razu zabrała się do pracy. Koniczynka z zaciekawieniem zaglądała jej przez ramię, ta jednak zdawała się nie zwracać na to uwagi, całkowicie pochłonięta poszukiwaniem rozwiązania problemu. Po jakimś czasie znudzony urzędnik w końcu się zirytował.
- Hej! Długo jeszcze? - spytał, chwytając Shailę za ramię. Niemal w tym samym momencie rozległ się okrzyk: "Nie dotykaj mnie!" i gwałtowny ruch ręki dziewczyny odtrącił dłoń mężczyzny. W jej oczach zalśniły iskry gniewu.
- Pracuję, jeśli pan nie zauważył - wycedziła przez zęby. - Nie życzę sobie, żeby mi przeszkadzano, kiedy naprawiam szkody wywołane przez brak kompetencji u pana i pańskich ludzi. Bo, choć trudno mi w to uwierzyć, wasz kretynizm pozwala wam na łażenie po podejrzanych pornostronkach. Na służbowym sprzęcie. Bez żadnego cholernego firewalla. Więc teraz proszę się łaskawie zamknąć i pozwolić mi w spokoju pracować. Czy wyraziłam się jasno?
Przez chwilę gromili się wzrokiem, w końcu jednak urzędnik wycofał się pod naciskiem spojrzenia Shaili. Ta prychnęła i ponownie wpatrzyła się w ekran, palce znowu zatańczyły na klawiaturze. Minęło jeszcze kilkanaście minut, kiedy w końcu odchyliła się na krześle i stanowczo zażądała herbaty.
- Skończyłaś już? - spytała nieśmiało Koniczynka.
- Mhm - Shaila kiwnęła głową i uśmiechnęła się. - Powinno już działać. Pan raczy przejąć ster? - zwróciła się do urzędnika z wyczuwalną nutką ironii.
Poszukiwania Violet wkroczyły w kolejną fazę.
Sygnał był bardzo słaby. Naprawdę bardzo. Wolałam nie myśleć, co to oznacza. W całej sytuacji była jedna dobra strona. Sygnał BYŁ. Co oznaczało, że Violet wciąż żyje. I że znajduje się w budynku na rogu Piwnicznej i Klemensa Pierwszego.
Problem polegał na tym, że budynek ów nie miał najlepszej sławy...
komentarze [7]8. Paven
- Ja tego nie rozumiem! - bulwersowała się Koniczynka wymachując nowymi dokumentami. - Po kiego diabła tym urzędasom tyle informacji o mnie? Po co im JAKIEKOLWIEK informacje o mnie?!
- Uspokój się... Tłumaczyłam ci już ze sto razy, że niekontrolowane podróże między światami mogą doprowadzić do poważnych kłopotów. Międzywymiarowa Kontrola Celna musi legitymować podróżników... A paszport zawiera informacje niezbędne do identyfikacji...
- No i po diabła im do tego jakiś durny papierek? Naprawdę nie wystarczy im moje słowo?
- Biorąc pod uwagę, że odmawiasz podania choćby swojego imienia...
- I tak nikt nie zwraca się do mnie po imieniu! Skoro już muszą mnie "identyfikować" to tylko jako Koniczynkę!
- I tak masz szczęście, że Kontrola już dawno udoskonaliła paszporty... Dawniej twoje zachowanie prawdopodobnie uniemożliwiłoby nam podróż...
- A co się zmieniło? - zainteresowała się druidka.
- Jak robili ci zdjęcie, to równocześnie zapisali wzór twojej aury magicznej. Nie, nie pytaj mnie, jak to działa, to zdecydowanie wyższa szkoła jazdy... W każdym razie aura magiczna każdego człowieka jest unikalna, jak odciski palców. Swoją drogą, dzięki temu mamy kolejną wskazówkę w sprawie Violet - zwróciłam się do milczącej do tej pory bajarki. - Gdybyś już wcześniej była rejestrowana w Kontroli, to zostałoby zasygnalizowane Drizztowi. Czyli wiemy, że nie podróżowałaś jeszcze między światami... Prawdopodobnie przeniosłaś się do Cephiro przez jedno z nielicznych naturalnych przejść. Kontrola stara się je katalogować, ale to nie takie proste, niektóre są w bardzo dziwnych miejscach...
- Na przykład pod powierzchnią morza - uśmiechnęła się dziewczyna. - No cóż, zawsze coś... - Violet pogrążyła się we własnych myślach. Dopiero po chwili, wyciągnąwszy własne dokumenty, odezwała się cicho, jakby nadal myślami była gdzie indziej. - Podoba mi się to. Czuję się, jakby znowu miała... tożsamość. Jakbym dopiero teraz znowu zaczęła istnieć. Gdyby teraz zdarzyło się coś złego... Pozostanie po mnie ślad. Coś, co poświadczy, że żyłam. Nie mam przeszłości, nie wiem, czy ktokolwiek pamięta mnie taką, jaką byłam przed tamtą katastrofą... Ale wierzę, że to już się nie powtórzy.
Na takie dictum nawet Koniczynka ze swoją paranoją na punkcie tajności danych osobowych nie miała odpowiedzi. Jak to jest nie pamiętać nic z przeszłości? Nie znać nawet własnego imienia? Nie mieć wspomnień z dzieciństwa, nie wiedzieć, do jakich szkół się uczęszczało, nie pamiętać twarzy przyjaciół czy pierwszej miłości? Zaskakujące, jak ważnym dla osoby dotkniętej amnezją może być kawałek kolorowego plastiku ze zdjęciem, potwierdzający istnienie kobiety zwanej Violet...
***
Tym razem to mi puściły nerwy.
- Co to na wszystkich bogów ma być? Toż tu jest większy burdel niż w moich własnym książkach! A to podobno jest najlepsza biblioteka w kraju!
W istocie, Biblioteka Uniwersytetu Paveńskiego znana była z wyjątkowo bogatego księgozbioru. Niestety, równocześnie znana była z wyjątkowego bajzlu organizacyjnego... Przejrzałyśmy już mnóstwo półek, niestety, nie znalazłyśmy niczego choćby zbliżonego tematycznie do informacji o Bardzo Rzadkich Chwastach, które Kropla kazał zbadać Koniczynce. Niezwykłe - w dziale z książkami biologicznymi znajdowało się mnóstwo przygodówek, za to zaledwie dwa podręczniki... W dodatku w bibliotece było dość tłoczno, co, jak wyjaśnił nam napotkany między półkami student, było wynikiem rozpoczęcia sezonu na prace dyplomowe i inne egzaminy. Chaos na półkach spowodowany zaś był niedawnymi przenosinami księgozbioru do nowego budynku, niestety, przeprowadzonymi nieco... bałaganiarsko... Wprawdzie większa część książek jest już uporządkowana, ale nadal pozostaje ten kawałek, w którym nic nie da się znaleźć... Kiedy w końcu po długich poszukiwaniach znalazłyśmy jakieś materiały, jak na złość, nie było żadnego wolnego stolika w czytelni... Dosiadłyśmy się do młodej kobiety pochylonej nad jakimś repetytorium językowym. Koniczynka pogrążyła się w pracy, zaś Violet i ja przeglądałyśmy informatory turystyczne z Paven, szukając taniego noclegu oraz planując następny dzień. Tak upłynął nam jakiś czas, aż w końcu nasza sąsiadka zatrzasnęła książkę.
- Dość tego, mój mózg ma dosyć - stwierdziła i uśmiechnęła się do nas. - Idę do bufetu po coś do picia, przynieść wam coś?
- Nie, dziękuję, pani...?
- Shaila O'Malley - odpowiedziała Koniczynce dziewczyna. - Panna. Ale wystarczy po imieniu... To przynieść wam coś, czy nie?
Shaila była ładną, dwudziestokilkuletnią kobietą. Kasztanowe włosy sięgały ramion, asymetryczna grzywka przysłaniała nieco prawe ze ślicznych, brązowych oczu. Wysoka, nieco tylko niższa od Violet, była równocześnie dość kruchej budowy, nie wyglądała na silną fizycznie. Psychicznie - to już co innego. Sprawiała wrażenie osoby zdecydowanej, zdolnej osiągnąć bardzo wiele... Mówiła z dość wyraźnym, zagranicznym akcentem i nieco kaleczyła język, co w połączeniu z nazwiskiem dawało stuprocentową pewność, że nie pochodzi z Paven. Grzeczność nakazywała również podać swoje imiona, w związku z tym przedstawiłam siebie i towarzyszki - oczywiście podając nazwiska z dokumentów onteriańskich. Violet zaproponowała, że pójdzie z Shailą, bo, jak stwierdziła, "nie podejrzewa jej o posiadanie trzeciej ręki".
Błyskawicznie znalazły nić porozumienia i zaraz po powrocie z bufetu Violet oznajmiła, że jak tylko skończymy z biblioteką, idziemy zwiedzać miasto z Shailą. Dziewczyna była tutaj na szkoleniu, przy okazji zamierzała zdać certyfikat językowy, przez co miała co najmniej... mało czasu na bliższe poznanie miasta, mimo że była tu już od tygodnia. Oczywiście nie miałyśmy nic przeciwko. I tak znalazłyśmy nową towarzyszkę...
W zasadzie na tym mogłabym zakończyć opis wydarzeń w bibliotece, gdyby nie jeden... bardzo niezwykły szczegół. W czasie gdy Koniczynka próbowała zapanować nad chaosem w notatkach, Violet, Shaila i ja poszłyśmy pogrzebać w nieco mniej naukowych książkach (bo w końcu ile można). Shaila chciała pokazać nam album z reprodukcjami obrazów pewnego artysty z jej stron. Widać było, że dziewczyna pasjonuje się malarstwem, oj widać było... Wszystko to nie miałoby znaczenia, gdyby nie tematyka najchętniej podejmowana przez malarza - piramidy mianowicie... W niezliczonej ilości światów istnieją kultury podobne do egipskiej, dlatego też nie zdziwiłam się widząc obrazy sfinksa czy scenki rodzajowe przedstawiające mumifikację. Ale reakcja Violet...
- Ależ te znaki kompletnie nie pasują do sceny...
Shaila i ja spojrzałyśmy zdziwione na bajarkę. Komentowany obraz przedstawiał wnętrze grobowca i jedynymi "znakami", o które mogło chodzić były hieroglify na ścianach...
- Masz na myśli...?
- Tak, tak, znaki na ścianach... One nie powinny się znaleźć w grobowcu! To tekst legendy... ze strasznymi błędami i kompletnie, ale to kompletnie nie pasujący do sceny.
Oniemiałyśmy. Violet miała wiele tajemnic i o wiele można ją było podejrzewać, ale biegła znajomość staroegipskiego?? Tego się nie spodziewałam nawet w najśmielszych domysłach na temat przeszłości bajarki... Kim ona na bogów jest? Niestety, nie dowiedziałam się nic więcej... Violet nie wie, skąd zna ten język. Coraz bardziej intryguje mnie ta kobieta... Dużo bym dała, żeby odkryć jej tajemnice. Bardzo dużo.
***
Paven od zawsze było miastem uniwersyteckim i ostoją kultury. Mnóstwo muzeów, bibliotek, teatrów... A wszystko w prawie stuletnich perełkach architektonicznych. Oj tak, było co zwiedzać i jedno popołudnie zdecydowanie nie wystarczyło. Spędziłyśmy parę wspaniałych dni krążąc po mieście - Shaila oczywiście do nas dołączyła. Zaliczyła egzamin językowy, a i szkolenie już się skończyło, w związku z tym miała dla nas trochę czasu. Zaprzyjaźniłyśmy się, zwłaszcza Violet znalazła z nią wspólny język. Shaila podjęła się nawet namalowania portretu bajarki, jak tylko dorwie się do farb. Mogło to być bardzo interesujące biorąc pod uwagę zarówno niezwykłą urodę modelki, jak i talent Shaili. W końcu jednak ta sielanka musiała dobiec końca, Shaila musiała wracać do pracy - była programistką w firmie, której nazwy nie umiem wymówić. Siedziałyśmy w kawiarni i rozmawiałyśmy o głupotach, chcąc jak najbardziej oddalić chwilę pożegnania. Violet poszła do toalety, w związku z czym bezczelnie snułyśmy teorie na temat jej przeszłości. Shaila oczywiście nie wiedziała, że jesteśmy z innego świata, ale i tak część jej podejrzeń mogła mieć trochę sensu. Czas płynął, opowieści ciągnęły się bez końca... I coś bardzo zdecydowanie nie grało.
- Violet długo nie wraca - zauważyła Koniczynka. - Pójdę sprawdzić, czy wszystko w porządku...
...nie było w porządku. Violet nie było w toalecie. W ogóle nie było jej w kawiarni. Nie było jej na ulicy.
Zniknęła bez śladu.
komentarze [15]7. Ku innym światom
Pierwsza podróż międzywymiarowa zawsze jest niezwykłym przeżyciem. Zawsze jest w tym trochę lęku, sporo ciekawości i przede wszystkim mnóstwo niepewności. Nawet w kontrolowanych warunkach i po wielu ćwiczeniach to pierwsze przekroczenie granicy między światami zawsze podszyte jest strachem. Zwłaszcza ta pierwsza chwila, gdy ma się wrażenie, że się ślepnie... W polu widzenia pojawia się... pustka. Plama jednolitej, nieprzeniknionej czerni. Mrok, brak światła, ciemność - jak zwał, tak zwał. Magowie nazywają to zjawisko Szczeliną lub Rozdarciem - bo i tym właśnie jest - wyrwą w powłoce rzeczywistości. Szczelina jest... dziwna. Niepokojąca. Możnaby rzec "nieoswojona". Nikt nigdy nie próbował przechodzić przez niezabezpieczoną Szczelinę. Nigdy. Po krótkiej chwili zdaje się ona wypełniać srebrzystą substancją, nieco podobną do rtęci, stanowiącą właśnie owo "zabezpieczenie" dla Szczeliny. Dzięki temu można uniknąć wylądowania w innym świecie - w kawałkach, na dnie morza, pięć metrów pod ziemią, lub nawet poza planetą. Gdy Kropla otwierał dla nas portal substancja przybrała jasnozieloną barwę, a na krawędziach pojawiło się delikatne, srebrne obramowanie stylizowane na winorośl. Wygląd przejścia zawsze zależy od rzucającego zaklęcie. Nie, nie pytajcie mnie dlaczego tak jest, ani na czym to polega - nie mam najbledszego pojęcia. Zresztą, o ile mi wiadomo, nikt nie zna dokładnych przyczyn tego zjawiska. Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest różnica w "aurze" magicznej każdego człowieka - ale nikt tego nie udowodnił. W każdym razie, po krótkim pożegnaniu z Kroplą przekroczyłyśmy portal i znalazłyśmy się...
...w biurze celnym. I właśnie dlatego ten "pierwszy raz" jest tak wstrząsający, zwłaszcza dla kogoś z typowo magicznego świata. Żaden mag nie jest w stanie odmówić sobie przyjemności obserwowania reakcji ucznia na utrzymaną w wysokotechnicznym stylu siedzibę Międzywymiarowej Kontroli Celnej imienia Tenebrossiego. Wiele się zmieniło od czasów tego prekursora podróży między światami, który przeszło pięć wieków temu opatentował używaną do dziś formułę portalu. Oczywiście, nie był jedynym zajmującym się podróżami międzywymiarowymi, ale jego portal był najbezpieczniejszy, a wmontowane weń zaklęcie języków umożliwiało realne kontakty z innymi światami. W dodatku udało mu się na tyle uprościć formułę, że nawet nieszczególnie uzdolnieni są w stanie rzucić zaklęcie. To wszystko pozwoliło rozwinąć gospodarkę, naukę i sztukę wielu światów... Z drugiej jednak strony otworzyło drogę zupełnie nowym rodzajom przestępców. Aby ukrócić przemyt technologii i przedmiotów magicznych, a także uniemożliwić rozmaitym zbrodniarzom ucieczkę do innego świata, powstała Międzynarodowa Kontrola Celna. Wszystkie portale prowadzą do biura Kontroli i dopiero stamtąd można przedostać się do wybranego świata. Tylko niektórzy magowie otrzymują specjalne glejty pozwalające ominąć ten przymusowy przystanek - ale otrzymać taki glejt jest więcej niż trudno.
Samo biuro, jak już mówiłam, utrzymane było w wysokotechnicznym stylu. Mnóstwo szkła, chromowanych dodatków i stadko urzędników pochylonych nad pikającymi co jakiś czas laptopami. I, czego Koniczynka nie mogła nie skomentować, dwie marniejące paprotki przy portalu wejściowym. Miałyśmy szczęście - kolejka do odprawy była wyjątkowo krótka i szybko dostałyśmy się przed oblicze wysokiego i chyba dość młodego mrocznego elfa w okularach przeciwsłonecznych, koszuli w kratkę i czapeczce z napisem "Jestem Drizzt, w czym mogę pomóc?". Zaraz zaraz, Drizzt? TEN Drizzt?
- Witamy, witamy, gdzie sobie panie życzą? - wycedził przez zęby elf.
- Nie tym tonem, dobrze? - odwarknęła Koniczynka, która zdążyła już otrząsnąć się z oszołomienia. - Doprawdy, trochę kultury by panu nie zaszkodziło.
- Daj spokój, Koniczynko... - próbowała uspokoić ją Violet. - Widać przecież, że pan... - szybkie spojrzenie na czapeczkę - Pan Drizzt jest zdenerwowany...
- Zdenerwowany! - prychnął elf. - Pani też by była zdenerwowana, gdyby dostała pani imię po jakimś romantycznym durniu!
- O całe szczęście, to jednak nie ten Drizzt... - wyrwało mi się.
- Jeszcze by tego brakowało! Moja durna matka naczytała się jakiś bzdur i teraz chce, żeby jej kochany synuś był dobrym chłopcem. Też coś! Jeszcze mnie wysłała tutaj na praktyki... Kumple mnie wyśmieją!
- No już, już... Proszę się tak nie przejmować... - wtrąciła uspokajająco Violet podając bliskiemu łez chłopakowi chusteczkę. - Przecież nie może być tak źle...
- Pani to łatwo mówić... Dobrze chociaż, że pozwolili mi nosić okulary przeciwsłoneczne, przecież by mi chyba oczy wypaliło na powierzchni... A zresztą... - westchnął ciężko elf. - I tak nic na to nie poradzę. To czego sobie panie życzyły?
- Chciałyśmy się dostać na Onterę, możliwie w pobliżu jakiejś większej biblioteki - odpowiedziałam podając paszport międzywymiarowy. - Potrzebujemy dokumentów i waluty, no i część rzeczy musimy oddać do przechowania. A Violet i Koniczynka potrzebują paszportu, to ich pierwsza podróż.
- Jasne, jasne... - chłopak pochylił się nad laptopem. - Miana, daty urodzenia i pochodzenie poproszę.
I tu pojawił się kłopot. Violet zwyczajnie nie pamiętała tych danych, Koniczynka zaś kategorycznie odmówiła podania prawdziwego imienia czy nazwiska.
- Nie. Odmawiam i już. Nie zmusicie mnie.
- Ale Koniczynko, dlaczego? - dopytywałam się. Przecież...
- Nie. To moje ostatnie słowo.
Drizzt westchnął.
- No dobrze, skoro tak się pani upiera, pozostaje mi zarejestrować panią pod pseudonimem... Cephirianka, tak? No dobrze, to proszę się jeszcze uśmiechnąć do aparatu, o tutaj i będzie dobrze. A do dokumentów z Ontery znajdziemy pani jakiś ładny alias... Powiedzmy... Pani ulubiona literka?
- N - odpowiedziała bez wahania Koniczynka. Drizzt pokiwał głową i zwrócił się do Violet. - Pierwsze imię na literkę N, które przychodzi pani do głowy?
- N... Może Natalia?
- Może być. Natalia Koniczyńska, lat 21, studentka botaniki. Studiuje pani na uniwersytecie w Paven, na trzecim roku. Proszę bardzo, tu ma pani dokumenty... A teraz pani... Violet, tak? I nic pani nie pamięta? Nie szkodzi, nie szkodzi... W paszporcie międzywymiarowym damy po prostu Violet, nie we wszystkich światach używa się nazwisk... Pochodzenie nieznane, proszę do zdjęcia... I jeszcze nazwisko do dokumentów ontariańskich... Moment, zajrzę do spisu, bo jakoś nie mam pomysłu... O, Popielarska. Może być? Psze bardzo, studiuje pani na pavońskiej filmówce. I pani Maya... Minamoto, tak? Trochę się wyróżnia... No nic, w razie czego, jest pani z zagranicy. Licealistka przed końcowymi egzaminami. Jeszcze tylko waluta... Ile chcą panie wymienić? No dobrze, tu mają panie pieniądze, a tu broszurkę informacyjną o świecie. Przypominam, że Ontera jest światem niemagicznym, w którym wiedza o innych wymiarach nie jest rozpowszechniona. Zdradzanie swojego prawdziwego pochodzenia może narazić panie na wyjątkowe nieprzyjemności, a korzystanie z magii w miejscach publicznych jest wykroczeniem, ściganym przez Międzywymiarową Policję. A teraz proszę do portalu wyjściowego. Miłej podróży!
komentarze [8]6. Opowieści z drogi
Siedzę sobie na ławeczce przed domem i czekam, aż Koniczynka pozałatwia wszystkie formalności związane z wyprowadzką. W jej przypadku owo załatwianie przypomina średniej wielkości zielono-brązowy huragan... Nawiasem mówiąc, rozbraja mnie jej garderoba. Dziś wystąpiła w zielonych dzwonach i zdobionej złotą nicią bluzce bez jednego rękawa. Druidka? Na wszystkie światy, powinna zostać projektantką mody! Violet natomiast na delikatną sugestię, że w spodniach byłoby jej wygodniej podróżować, zareagowała skrajnym zdumieniem i kategorycznie odmówiła. Cóż, tak też bywa... Sama obsmarowywana zabawia właśnie grupkę dzieci którąś z wersji bajki o śpiącej królewnie. Ciekawe zresztą, czy te mniej przyzwoite bajarka też zna...
Swoją drogą, coraz bardziej intryguje mnie pochodzenie Violet. Na pierwszy rzut oka widać, że jest przesiąknięta magią na wskroś. Pomijając już oczywisty fakt, że złotooka kobieta przemieniająca się w kota NIE MOŻE być zupełnie zwyczajna... Ale to się czuło, jakby wokół niej cały czas unosiła się jakaś mgiełka tajemnicy... Nie sądzę, żeby była pełnokrwistym człowiekiem, no, chyba, że to czarodziejka, której coś się poważnie rypsnęło przy jakimś eksperymencie. Ale i w takiej sytuacji bliżej jej już do istoty magicznej. Może łaczka? Zresztą, światów jest mnóstwo. Najpewniej to jakaś rasa, o której nie słyszałam. Będę musiała podpytać Ikę, może ona coś by wiedziała?
Chciałabym pomóc Violet odzyskać tożsamość. Zbyt wyraźnie widać po niej zagubienie. Niestety, nie mam żadnego punktu zapieczenia, nie wiem, skąd zacząć. Violet jest pewna, że nie pochodzi z Cephiro, choć nie jest w stanie wyjaśnić, skąd ta pewność. Cóż, jest to prawdopodobne. Zdarzają się w końcu naturalne przejścia pomiędzy światami, rzadko, owszem, ale jednak. I mogą znajdować się pod wodą... Hipoteza może i słuszna, ale w żaden sposób nie przybliża mnie do rozwiązania zagadki. Nie wiem, z jakiego świata przybyła bajarka, ona sama nie jest w stanie dać choćby najmniejszej wskazówki. Chociaż nie, jest coś, co może pomóc... Choć Violet nie pamięta nic sprzed sztormu, potrafi opisać pewne szczegóły statku - typowego dla światów niezaawansowanych technicznie. Nie zmienia to wiele, ale możemy przynajmniej wykluczyć światy wysokotechniczne... A to już jest coś. No, ale dość tych dywagacji, bo pora wyruszać.
***
Droga wyprowadziła nas za miasto ku pobliskim lasom. Koniczynka rozkwitała. Co chwila słychać było okrzyki zachwyconej druidki, rozczulającej się nad jakimś kwiatkiem o skomplikowanej łacińskiej nazwie. Na bogów, jakim cudem taki mały, niepozorny kwiatek dźwiga tak pokręconą nazwę? I, co jeszcze ciekawsze, jakim cudem językiem botaników i biologów wszystkich światów jest łacina?! Ani chybi jakiś spisek... Violet wyrwała Koniczynkę z transu "o-bogowie-jaki-ładny-chwast", pytając o szczegóły jej zawodu. Nie wiedzieć czemu, Koniczynka wzdrygnęła się.
- Coś się stało? - zaniepokoiła się bajarka. - Nie chciałam cię urazić...
- Nie, nie... Tylko przypomniało mi się, z kim będę musiała się spotkać... - druidka westchnęła ciężko. - Wiecie, moja podróż badawcza w gruncie rzeczy już się zakończyła. Teraz muszę tylko złożyć raport mojemu mentorowi... I trochę mnie to martwi...
- Taki paskudny? Nie martw się, będziemy z tobą...
- Nie, nie chodzi nawet o niego... Ale może nie mówmy o tym, co? Wolę się nie stresować zbyt wcześnie...
- To opowiedzcie mi coś o Cephiro! - wypaliła Violet. - Tak niewiele wiem o tym świecie, to irytujące!
- No dobrze, dobrze... Tylko od czego zacząć? - zastanowiłam się przez chwilę.
- Najlepiej od początku - wtrąciła druidka, zadowolona ze zmiany tematu. - Kojarzysz może szczegóły teorii światów? Nie w każdym wymiarze jest to powszechna wiedza... - zmieszana Violet zaprzeczyła ruchem głowy. - No dobrze, w takim razie słuchaj...
...światy są jak winogrona. To, co widzisz dookoła to zaledwie pestka - planeta. To, co rozumiemy jako świat to pojedynczy owoc - przez uczonych zwany kosmosem. Zbiór takich światów to grono, tak zwana domena. Dalej jest już tylko cały krzew - winorośl, universum. I tak Cephiro to planeta, płaska wprawdzie, ale to się wytnie. Oprócz tego w tym świecie znajduje się jeszcze kilka zamieszkałych planet, jak Cizerta czy Orthozam, i całe stadko nienadających się do zamieszkania. Świat znajduje się w Domenie Ognistej - jakieś pięć setek światów, w tym ze czterysta o wyższym stopniu rozwoju techniki i niecałe sto silnie magicznych. Jeśli chcesz, możemy zrobić jakiś wypad do sąsiedniego świata, mój mentor jest dobry w otwieraniu portali... Wracając jednak do Cephiro... Świat, w którym się znajdujemy, jest jednym z największych skupisk magii w tej domenie. Mówią, że dzięki silnej woli można osiągnąć wszystko. Tutaj, jest to rzeczywistość. Ludzie o najsilniejszej woli potrafią doskonale kontrolować magię - a co za tym idzie, mają niezwykłe możliwości. Najpotężniejsi mogą nawet przedłużać swoje życie o wiele lat. Nie znam cephiriańczyka, który nie potrafiłby w jakimś stopniu korzystać z magii. Ogromna część naszego rzemiosła opiera się na magii, od budownictwa po zbrojmistrzostwo - ale o tym to ci już Maya opowie...
- Taaak... W istocie, moja praca polega głównie na kształtowaniu pokładów magii zawartych w metalu. To trochę trudno wyjaśnić laikowi... Cephiriańczycy tak naprawdę rzadko myślą o swoich pracach w kategorii "magii". Wiesz, w końcu nadal potrzebujemy warsztatów, narzędzi i tak dalej... A cała niezwykłość polega na czymś, czego nie potrafimy sprecyzować, czymś co siedzi w nas od urodzenia. Żeby było śmieszniej, to nawet nie zależy od osobistej mocy, tylko na wyczuciu magii wokół. Tak naprawdę, to niewielu Cephiriańczyków potrafiłoby ci to wyjaśnić, to za bardzo "siedzi" w nas... Koniczynka jest druidką, studiuje prawidła magii, dlatego się na tym zna, ja natomiast wychowałam się w innym świecie, gdzie to wszystko nie jest tak intuicyjne. Ale magię ma się we krwi... Jest wszędzie - w ziemi i wodzie, ogniu i powietrzu, w snach i marzeniach, w ludziach...
Ale...
Mam wrażenie, że Cephiro się zmienia. Może to kwestia tego, że zwiedziłam inne światy? A może za bardzo jestem przywiązana do historii tego kraju? Teraz jest tu tak spokojnie... Może to ja już tutaj nie pasuję? Wyrwałabym się gdzieś w światy...
***
Mijały dni, wypełnione podobnymi rozmowami, baśniami, okazjonalnymi potyczkami z mniej lub bardziej absurdalnymi potworami - magia w Cephiro potrafi czasem dawać bardzo ciekawe skutki uboczne... W końcu dotarłyśmy do lasu, z którego wyruszyła Koniczynka. Jej mentor... Cóż, podobnie jak ona, wyłamywał się ze stereotypu druida. Był to młody, postawny mężczyzna z krótko przyciętą brodą i krótkie, ciemnobrązowe, lekko kręcące się włosy. NIGDY wcześniej nie widziałam druida pełniącego funkcję nauczyciela, który miałby mniej niż czterdzieści lat. Kropla, gdyż tak brzmiał pseudonim mężczyzny, był w moim wieku. Cóż, zdarzają się genialne dzieci... Przez chwilę zastanawiało mnie, dlaczego Koniczynka tak bała się spotkania z nim. Jej spanikowany okrzyk "gdzie jest Tatiana?!" jasno ukazał, że ktoś inny siał terror w tym trójkąciku...
- Nie martw się, jest na wycieczce, wróci za tydzień - roześmiał się Kropla. - Przywitałabyś się wpierw!
Informacja o nieobecności Tatiany, kimkolwiek owa by była, wyraźnie zdjęła kamień z serca Koniczynki. Wyraźnie już rozluźniona ze śmiechem rzuciła się druidowi na szyję. Taaak, musieli być w naprawdę dobrej komitywie... Violet i ja zostałyśmy przedstawione i Kropla zaprosił nas na kolację. Mieszkał w niewielkim domku w lesie, całkiem ładnie urządzonym. Śmiem twierdzić, że widać było w nim kobiecą rękę... Ale ja nic nie wiem, ja tylko spekuluję, jak na małą paskudę przystało. Druid odebrał raport Koniczynki o krzaczkach i drzewkach, po czym przez pół nocy wyciągnął z nas co najmniej dwie dziesiątki opowieści. Zlitował się dopiero wtedy, gdy Violet uderzyła czołem o stół, pochrapując cicho, po czym momentalnie zamieniła się w kota. Obiecał następnego dnia wysłać nas do któregoś z sąsiednich światów i przykazał Koniczynce zbadać tam jakieś rzadko występujące chwasty... Ale to jutro, na razie wzywa mnie łóżko... Choć w sumie, wystarczy mi podłoga. Dobranoc.
komentarze [12]5. Moja opowieść
Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to ludzie częstokroć nie zdają sobie sprawy z mnogości czynników, które kształtują osobę. Mogą to być najróżniejsze rzeczy - a o każdej z nich można opowiedzieć osobną historię. O czym więc mam mówić? Może o mojej pracy? Albo o dzieciństwie? O kobiecie, której zawdzięczam wychowanie i nauki, którą nie na darmo nazywam mistrzynią? Albo cofnąć się w czasie i uczynić bohaterami opowieści moich przodków? A może zacząć z zupełnie innej strony i wyjaśnić wam teorię światów?
Cóż... Tak trudno jest czasem znaleźć początek opowieści... Zwłaszcza, gdy w jednej historii splatają się wątki z różnych czasów i światów. Jestem bohaterką właśnie takiej historii. Ale zacznijmy może od pierwszego świata, który poznałam... I od powodów, dla których opuściłam Cephiro...
Nigdy nie poznałam swoich rodziców. Na temat ich tożsamości powstało sporo ciekawych teorii. Autorką tych najbardziej szalonych jest moja mistrzyni, robiąca ze mnie, między innymi: owoc namiętnego romansu międzywymiarowego, zaginioną siostrę cud-chłopięcia ze świata czarodziejów (i zarazem owoc namiętnego romansu pozamałżeńskiego) lub wynik eksperymentu genetycznego pewnej demonicy. Ile w tych teoriach prawdy? Cóż, przypuszczam, że ani trochę, po prostu niektórzy lubią mnie denerwować... Jedyne, czego jestem pewna, to że przynajmniej jedno z moich rodziców pochodziło z Cephiro i przekazało mi uroczo pokręcone dziedzictwo w postaci rudych włosów, czerwonych oczu i upodobania do żywiołu ognia.
Osobą, dzięki której nie skończyłam jako dziecko ulicy, jest Ika Minamoto, Zielona Wiedźma, The Evil One, Czarna Lisica Slytherinu. Tak, wbrew pozorom to JEDNA osoba, po prostu kobieta dość światowa i narobiła sobie wrogów w wielu uniwersach... Tak czy siak, to właśnie ona pewnego sierpniowego dnia przygarnęła zagubioną czteroletnią dziewczynkę, tulącą do piersi wielką pluszową żabę. Ika wkrótce miała stać się moją mistrzynią i matką zarazem. Zanim to jednak nastąpiło, musiała dokonać kilku czynów iście heroicznych, jak naprzykład próba znalezienia mojego domu, przemycenie mnie do innego wymiaru, przekonanie kilku osób, że jestem niegroźna... Jak na czternastoletnią dziewczynę wracającą z wakacji poradziła sobie śpiewająco.
No i co z tego, że była nieletnia? Oprócz tego była też jedyną dziedziczką potężnego rodu czarodziejów, bliższą lub dalszą krewną kilku innych znaczących rodów, uczennicą Hogwartu - jednej z najbardziej szanowanych szkół magii świata i ulubienicą Severusa Snape'a - nauczyciela eliksirów, postrachu szkoły i okolic. Ponadto dziewczę posiadło upór godny dalekiej kuzynki wyżej wymienionego, dzięki czemu zostałam zaklasyfikowana jako maskotka szkoły i wychowanka grona pedagogicznego. Jakim cudem nie pozabijaliśmy się nawzajem pozostanie dla mnie tajemnicą na wiek wieków. Dobrze wspominam tamte czasy. Mieszkanie w jednym zamczysku ze stadem nastolatków uczących się magii i grupą doświadczonych czarodziejów-pedagogów to naprawdę ciekawe doświadczenie. Zwłaszcza że, jak krąży plotka, wszyscy czarodzieje są obłąkani. Najwięcej czasu spędzałam w gabinecie dyrektora lub w dormitorium Iki, która już wtedy stawała się sławna jako niezwykle utalentowana uczennica i osoba o dość trudnym charakterze... Ostateczny powód, dla którego jej imię na zawsze zapisało się w historii Hogwartu miał miejsce trzy lata po moim przybyciu, gdy moja mistrzyni była na ostatnim roku. Wtedy zyskała pierwszy ze swoich licznych przydomków... Myślę, że zamiana wszystkich roczników Gryffindoru w skunksy na kaczych nóżkach wystarcza by z "tej cholernej Minamoto" awansować na Czarną Lisicę Slytherinu i zarobić na wpis do Czarnej Księgi Hogwartu. Należy zaznaczyć, że owa autorska klątwa zeskunkszania była wybitnie skomplikowanym zaklęciem i próby odwrócenia go zajęły najtęższym głowom świata czarodziejów długie miesiące. Gryfoni samoistnie odzyskali ludzkie kształty dokładnie po 7 miesiącach. Byli z tego powodu tak szczęśliwi, że nie zwracali uwagi na wypisane na czołach słowa "Nie zadziera się z Minamoto!"... Autorka tego majstersztyku w tym czasie kryła się przed rozjuszonymi władzami, pragnącymi zrobić z niej mielone, ja natomiast nadal mieszkałam w Hogwarcie i czekałam na powrót mamy...
Wróciła po roku i zabrała mnie do siebie. Urządziła się w jednym z sąsiednich światów i utrzymywała ograniczone kontakty z tymi nielicznymi czarodziejami, którzy nie chcieli zamordować jej na miejscu. A wbrew pozorom byli tacy... Co ciekawe, zwłaszcza wśród grona pedagogicznego Hogwartu. I, choć dyrektor do dziś wspomina tamte wydarzenia jako "przykład straszliwych skutków lekkomyślności i braku kontroli", to również nie ma szczególnych oporów przed przyjacielskimi spotkaniami przy herbatce. I nawet nie próbuje ukryć dumy, że spod jego skrzydeł wyszła jedna z najbardziej utalentowanych czarodziejek wieku, która w przeciwieństwie do znacznej części pozostałych wielce utalentowanych, nakierowana była na bardziej "właściwą" stronę. A klątwa? Ot, błędy młodości... Każdy w końcu był kiedyś młody i głupi, nieprawdaż? Ale przepraszam, zbaczam z tematu... Gdy opuszczałam Hogwart miałam siedem lat. Pamiętam do dziś wyburkiwane pod nosem przeklęństwa Snape'a, z trudem skrywane łzy McGonagall i zadumę Flitwicka, do jakiego domu bym trafiła, gdybym nie była takim beztaleńciem magicznym... Tak, należy to z góry powiedzieć - nigdy nie byłam i nie będę czarodziejką. Owszem, mam w sobie pewne pokłady
mocy, jak każdy człowiek... Niemniej jednak moje umiejętności magiczne ograniczają się do trzech, dość kulawych zaklęć. A i te zaklęcia poznałam już jako uczennica Iki, w jej prywatnym mieszkaniu w jednym z tych światów, gdzie technika jest znacznie bardziej rozwinięta, zaś magia zanika. Cóż... I tak mijały lata. Zdążyłam zwiedzić wiele światów, wiele się nauczyłam, poznałam wielu ludzi i nieludzi... Miałam niezwykłą okazję widzieć, jak Ika Minamoto zyskuje tytuł Zielonej Wiedźmy - a uwierzcie mi, było na co popatrzeć. Miałam okazję poznać pozostałe Wiedźmy ze Zgromadzenia... Ale to wszystko historia, która jeszcze nie może zostać opowiedziana. Może, któregoś dnia... Ale nie teraz, jeszcze nie. Kiedy miałam 15 lat wróciłam do Cephiro - świata, który mimo wszystko zawsze uważałam za "swój" i otworzyłam warsztat zbrojmistrzowski. Oczywiście nadal dość regularnie odwiedzam inne światy, niestety, muszę najpierw umawiać się z kimś bardziej
utalentowanym ode mnie - otwieranie portali międzywymiarowych to dość precyzyjna robota. Może któraś z was zdołałaby się tego nauczyć? Zwłaszcza ty, Violet, zdajesz się być przesiąknięta magią na wskroś. Ale to nie dziś...
Opowieści czasem nie mają początku, czasem nie mają też końca. Taka jest moja historia, która rozwinie jeszcze wiele wątków, w której pojawi się jeszcze wielu bohaterów pierwszo, drugo, trzecioplanowych... Już teraz w mojej historii pojawiły się dwa nowe wątki - wątki moich towarzyszek. Bo nie wątpię, że do nas dołączysz, prawda, Koniczynko?
Spójrzcie, już świta. Przegadałyśmy całą noc, a ja nawet nie czuję
zmęczenia... Cóż... W końcu tak czasem musi być, prawda? Nieprzespane
noce są elementem opowieści, tak samo jak podróże. Dziś rozpocznie się
podróż.
Prawda, Violet? Prawda, Koniczynko?
komentarze [11]4. Opowieści przy kominku
Z reguły nie przyjmuję zaproszeń na kolację od przypadkowo poznanych osób. Mimo wszystko cenię sobie swoje życie, cnotę i sakiewkę. Istnieje jednak pewna grupa ludzi, którzy automatycznie wzbudzają zaufanie. Koniczynka należała do takich właśnie osób. Nie pytajcie mnie, po czym się to poznaje, bo nie mam pojęcia. To się czuje.
W rozmowie wyjaśniło się, że właścicielka tego botanicznego pseudonimu (nie chciała zdradzić prawdziwego imienia, nie naciskałam) również jest w podróży, z tym że naukowej. Obecnie jest na urlopie, wynajęła pokoik z kuchnią na pięterku i odpoczywa od drzew, krzewów, pnączy, kwiatków i innych roślinek próbujących ją zeżreć. Przedstawiła się jako początkująca druidka, co wyjaśnia gusta kulinarne badanych przez nią elementów flory. Druidzi nie są normalni. Niektórzy uznają wręcz słowo "druid" za synonim do "szaleńca". W zasadzie Koniczynka nie wyglądała jak typowy przedstawiciel swojej profesji. Przede wszystkim nie była ubabrana ziemią i trawą, nie trzymała w dłoni sękatego kostura, a i we włosach nie umieściła klasycznej ozdoby z trującego bluszczu. Zamiast najnowszego krzyku mody druidzkiej - burego worka po mące przewiązanego w pasie sznurkiem - nosiła prześliczną, asymetryczną sukienkę w dwóch kolorach: ciepły, rudy brąz i ciemna zieleń. Zdecydowanie były to "jej" kolory, niemal odbicie niej samej - brązowowłosej i zielonookiej. Najbardziej poddającym w wątpliwość jej zawód był fakt, że potrafiła mówić o czymś WIĘCEJ niż druidyzm, ekologia i zbliżające się potępienie oraz liczne kary dla niewiernych (to ostatnie jest ulubionym tematem nie tylko druidów, ale i kilku innych podgatunków świrów). Nawet ten blask w oczach nie był typowym dla druidów błyskiem obłędu (świadczącym zwykle o lekkim nadużyciu grzybków halucynogennych), ale po prostu niesamowitą wręcz radością życia. Ogólnie rzecz ujmując sprawiała jak najlepsze wrażenie. I w dodatku świetnie gotuje!
***
- Bo widzicie, czasami, kiedy się denerwuję, zaczynam gotować. I zapominam, żeby przestać... - zaszczebiotała Koniczynka zbierając talerze po wybitnie obfitym posiłku. - A ponieważ jutro kończy mi się urlop, to nie mogłam tego tak po prostu zostawić. A same widziałyście ile tego było...
- Widziałyśmy... - odparła Violet podnosząc się z krzesła - Daj, pomogę ci.
Ja już nic nie mówiłam, po prostu kiwnęłam głową i poszłam z nimi do kuchni. Z osobą tak zakręconą jak Koniczynka nawet tak prosta czynność jak zmywanie nie mogła skończyć się szybko. Ani sucho. Choć nie mogę nie powiedzieć, że nie było zabawnie... Siadłyśmy wszystkie przy kominku - Violet w szlafroku Koniczynki i Koniczynka już w piżamie rozwiesiły swoje sukienki przy ogniu, żeby wyschły. Ja rozczesywałam mokre włosy... W szale zabawy w pewnym momencie skończyłam z głową pod kranem. Cóż, przynajmniej moje ubranie było względnie suche... Śmiejąc się wynajdywałyśmy co ciekawszych cytatów z książki o intrygującym tytule "Diupa" (autorka: Ewa Nowak). Później przyszedł czas na opowieści.
Wieczory przy ogniu mają w sobie coś magicznego. W zamkniętym kręgu ciepła i światła opowieści zdawają się nabierać większego wymiaru. A i słucha się wtedy lepiej... A że przy okazji Violet była profesjonalną gawędziarką, toteż ona rozpoczęła. Trzy miesiące życia mojej towarzyszki pojawiały się przed mymi oczyma, jakbym brała w nich udział. Na kilka chwil stałam się dotkniętą amnezją dziewczyną, próbującą usilnie odnaleźć swoje miejsce w nieznanym świecie. Spędziłam wspaniałe dwa miesiące z wędrowną trupą aktorską, ucząc się od nich kilku sztuczek i sama ucząc ich kilku z własnego repertuaru. W mijanych wioskach i miasteczkach zarabiałam opowiadaniem baśni. I ta desperackie próby odkrycia własnej tożsamości...
A po chwili znowu byłam sobą - Mayą Łuczniczką siedzącą przy kominku w mieszkaniu Koniczynki i słuchającą opowieści dziewczyny, która naprawdę to wszystko przeżyła. Na wszystkie światy, talent Violet był porażający. O tak, bajarka w pełnym tego słowa znaczeniu... Śmiem twierdzić, że w takim towarzystwie głodować nie będziemy. Nawet jeśli ja nie znajdę jakiejś roboty, to głos Violet będzie w stanie zapewnić nam trochę grosza. Spojrzałam przelotnie na Koniczynkę i ujrzałam na jej twarzy oszołomienie porównywalne do mojego. Ale dość szybko się otrząsnęła, wszak teraz przyszła jej kolej na opowieść. Mówiła nieco krócej niż Violet, ale też niewiele chciała zdradzić. Wszak większość rytuałów druidzkich okryta jest tajemnicą. Ale kilka co bardziej niebezpiecznych epizodów z jej podróży badawczej wyjawiła. Cóż, mówiłam, że zawód druida nie należy do najbezpieczniejszych? Głównie dlatego, że z reguły zajmują się oni roślinami o zdecydowanie niewegetariańskiej diecie. Z druidami trzeba uważać - nigdy nie wiadomo, czy ten niewinnie wyglądający kaktus na parapecie nie będzie pluł na ciebie kwasem. Cudem jakimś Koniczynka była nadal w jednym kawałku i mogła nam o swej podróży opowiedzieć.
Opowieści, jak to opowieści, mają skłonności do snucia się godzinami. Dlatego też, gdy druidka skończyła mówić, była już późna noc. Mimo to, obie dziewczyny zwróciły się do mnie, ze słowami: "Teraz twoja kolej".
komentarze [13]3. Opowieść Violet
Violet zażyczyła sobie mojego dokładnego życiorysu, w związku z czym zanim dotarłyśmy do miasta potężnie zaschło mi w gardle. Zatrzymałyśmy się obok przydrożnej studni, gdzie w końcu ugasiłam pragnienie. Zmęczona jak siedem nieszczęść padłam na trawkę i zarządziłam postój. Koteczka przystała nań bez problemu i usiadłszy na kamieniu obok próbowała wyciągnąć ode mnie dalsze informacje na temat rodziny, znajomych, dzieciństwa i ogólnie pojętego życia. O nie! Co za dużo to niezdrowo...
- Lepiej ty mi o sobie opowiedz, Violet. W zasadzie nic o tobie nie wiem... Nawet imię sama ci nadałam.
- Ale ja... - Violet zarumieniła się delikatnie. Nie lubi o sobie mówić? A mnie zasypywała setkami pytań, skubana... - ja niewiele pamiętam. - O, a więc nie tylko imię wyleciało jej z pamięci... W zasadzie mogłam się tego spodziewać - Całe moje życie sprzed 3 miesięcy zostało zakryte jakąś niezwykłą zasłoną. Pamiętam tylko wyrwane z kontekstu obrazy...
- No, ale w ciągu tych trzech miesięcy coś się musiało wydarzyć, prawda? W końcu jakoś trafiłaś do Lasu Ciszy... - Violet w końcu dała za wygraną. W zamyśleniu wygładziła fałdkę na sukni, poczym rozpoczęła opowieść, z pozoru całkiem zwyczajną...
Jak daleko sięga historia, ludzie szukali odpowiedzi na pytanie "co znajduje się za horyzontem". Młodzi mężczyźni opuszczali swe rodziny i wyruszali w podróż ku swemu własnemu celowi. Miasta widziały już wielu ludzi, przybyłych doń aby odmienić swoje życie. Wsie stawały się celem dla zmęczonym miejskim gwarem arystokratów, parobkowie z baśni trafiali na dwory królewskie, by tam pojąć za żonę piękną księżnczkę. Ludzie z każdym dniem opanowywali nowe ziemie. Tam, gdzie dziś stoi wielkie miasto, niegdyś znajdowała się nieprzebyta puszcza. Gdzie teraz uprawiana jest ziemia dawniej królowały jedynie zwierzęta. Człowiek opanował kontynent...
...jednak to było za mało, by zaspokoić ludzką tęsknotę za nieznanym. Kontynent otaczały niezliczone morza, oceany... Któż wie, być może za nimi znajdowały się nowe lądy, jeszcze nieodkryte? W pogoni za tym nowym wyzwaniem człowiek zaprzągł do pracy niezmierzone siły własnej wyobraźni. Od tratwy, poprzez łódź aż do wielkiego statku. Kolejne pokolenia zdobywców wyruszały poprzez oceany ku przygodzie. W ten sposób rozpoczęła się epoka wielkich odkryć, której owocem było wielu sławnych ludzi, wiele nowych wielkich miast i wiele "nowych światów" do podbicia. Jednakże...
Morze nie zawsze było ludziom przychylne. Nieujarzmione żywioły kpiły sobie z ludzkich starań i niejedna wyprawa nigdy nie osiągnęła swego celu. Sztormy, tornada, morskie potwory czy zwodniczy śpiew syren... Wszystko to sprawiało, że statki ginęły bez wieści, a wielu ludzi spotykała śmierć w odmętach morskiej toni...
Gdyby obraz tamtego dnia objawiony został malarzowi powstałoby arcydzieło. Opowiadające o tragedii i strachu, ale jednak arcydzieło... Miotany wiatrem statek skakał po falach niczym dziecięca zabawka, a po pokładzie biegali podenerwowani marynarze, z trudem usiłujący ratować się przed żywiołem. Pamiętam przelotne spojrzenie na niebo. Burzowe chmury nie były jednolicie szare, o nie! Na krótką chwilę zachwyciła mnie mnogość odcieni szarości, czerń, granat, nawet złoto i róż tam, gdzie słońce przebijało zasłonę deszczu. A wszystko to przetykane oślepiającą bielą błyskawic... Widowisko zapierające dech w piersiach swym pięknem... i niebezpieczeństwem. Przerażenie ściskało mi gardło, zsyłało niemoc na nogi. Skulona przy maszcie nie byłam w stanie pokonać tych kilku metrów dzielących mnie od zejścia pod podkład... Pamiętam dźwięki. Krzyki marynarzy, huk wiatru, trzask łamanego masztu, mój własny krzyk skrajnego przerażenia. A wszystko to przy akompaniamencie grzmotów. Mężczyzna, którego imienia dziś nie potrafię podać, chwycił mnie za rękę i mówiąc coś pchnął mnie w stronę schodów. O ułamek sekundy za późno... Pamiętam, jak wykrzyknął moje imię, gdy fala zmiotła mnie z pokładu. Dziś już nie pamiętam, ani tego imienia, ani człowieka, który mnie nim nazywał. Pamiętam tylko ból w klatce piersiowej spowodowany niemożnością zaczerpnięcia oddechu, smak morskiej wody w ustach... A potem ogarnęła mnie ciemność.
Miałam szczęście. Do dziś nie wiem, jakim siłom zawdzięczam ocalenie... Niewątpliwie jednak żyłam. Posiniaczona, przemoczona, osłabiona, ale jednak nadal żyjąca. Czułam niewypowiedzianą radość płynącą z ocalenia. Pamiętam, że zaczęłam płakać ze szczęścia.
Dopiero później zdałam sobie sprawę z tego, że nie pamiętam niczego sprzed sztormu. Całe moje dotychczasowe życie zniknęło w jednej chwili, jakby ktoś wymazał je z kart Księgi Losów. Wędrowałam w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: "kim byłam?"... Od napotkanych ludzi dowiedziałam się, że ląd, na którym się znajduję nazywa się Cephiro. Szczęściem prawdziwym było, gdy w chwili niebezpieczeństwa spotkałam przyjazną duszę. I dzięki niej jestem teraz tutaj.
- I dlatego właśnie chciałam ci podziękować, Maya.
Bezpośredni zwrot do mnie wyrwał mnie z zamyślenia. Wybąknęłam coś w rodzaju "ależ nie ma za co" i zaczęłam dopytywać się o jej umiejętności oratorskie. Jej opowieść... Czułam, jakbym to ja tam była! Ba, jak mogłam nie czuć, przecież to mi się śniło! Głos dziewczyny hipnotyzował, porażał, trafiał do samego serca. Czy była to "wina" gestykulacji? Modulacji głosu? Czy może po prostu Violet miała "to coś w sobie"?
Dziewczyna nie odpowiedziała mi, tylko zarumieniona wskazała na coś za moimi plecami. Odwróciłam się i moim oczom ukazała się całkiem spora grupka ludzi najróżniejszych stanów. Zdawali się w zamyśleniu rozważać jeszcze usłyszaną przed chwilą historię. Niesamowite... Bez żadnego zaangażowania ze swojej strony Violet zebrała całkiem spore grono słuchaczy. Jakaś kobieta puściła na chwilę rączkę swego dziecka i zaklaskała cicho. Za nią poszli następni i następni... Czerwona z zakłopotania dziewczyna nie wiedziała co powiedzieć. Pozostało jej chyba tylko pogłaskać po głowach dwójkę dzieci czepiających się jej sukni i wołających o "jeszcze jedną bajkę". Violet powtarzała w kółko podziękowania, jakby nagle zabrakło jej słów.
W oczach miała łzy, należące do tego najpiękniejszego rodzaju łez. Były to łzy szczęścia.
Gdy ludzie rozeszli się, a my podjęłyśmy dalszą podróż, podeszła do nas młoda kobieta, mniej więcej w wieku Violet. Miała długie, brązowe włosy, figlarne oczy i absolutnie fantastyczną sukienkę. Trójkątne rozcięcie na obojczyku ukazywało niewielki tatuaż przedstawiający trójlistną koniczynę. Mam chyba jakieś szczęście do wytatuowanych...
- Witam. - odezwała się nieznajoma. - Słyszałam twoją opowieść i jestem pod wrażeniem. Byłabym szczęśliwa, gdybyście przyjęły dziś moją gościnę...
- Violet i ja spojrzałyśmy po sobie. Jedzonko za darmo? Propozycja kusząca, ale czy nieznajomej można ufać? Dziewczyna musiała dostrzec nasze wahanie, bo wzięła sprawy w swoje ręce. Dosłownie.
- Oj nie marudźta, idziecie ze mną, bo ja na pewno nie zjem tego wszystkiego, co w przypływie kulinarnego szaleństwa upichciłam. - powiedziała łapiąc nas za ręce i ciągnąc za sobą w stronę miasteczka.
komentarze [18]2. Kot, sen i ciąg dalszy
Rany kotki goiły się błyskawicznie, jakby za przyczyną magii. W zasadzie można się było tego spodziewać... Ładne było stworzenie. Zgrabna koteczka z krótkim, połyskliwym fioletowym futerkiem i pierzastymi skrzydłami takiegoż samego koloru. Nieco większa od zwykłego dachowca i z całą pewnością magiczna. Chciałam kiedyś mieć kota... Po tym, jak już przezwyciężyłam nieufność wobec tych zwierząt, zapałałam do nich wręcz szaloną miłością. Do zrealizowania planów nigdy nie doszło, z prostego powodu - mój paskudny nawyk zostawiania wszystkich ważnych papierów na podłodze z pewnością bardzo by się kotu spodobał... W trakcie tych rozważań poczułam, że coś trąca mnie delikatnie w nogę. Spuściłam wzrok i spojrzałam prosto w złote oczy wpatrującej się we mnie koteczki.
"Miaaau?"
Rozczuliłam się bezwstydnie. Kotka została wygłaskana za wszystkie czasy i padła decyzja - idzie ze mną. No co z tego, że podróż, że niebezpiecznie i tak dalej? Przecież na pierwszy rzut oka widać, że to stworzenie conajmniej trzy razy bardziej magiczne niż ja... Da sobie radę... Kotka nie otrzymała jeszcze imienia, liczę na to, że kiedyś sama się przedstawi. Naprawdę, nie zdziwiłabym się, gdyby toto mówiło ludzkim głosem... Koteczka wlazła mi do torby, wystawiła głowę i wielce zadowolonym spojrzeniem lustrowała okolicę. Cóż, skoro ona nie ma nic przeciwko, to znaczy, że jest dobrze.
Droga przed nami, droga za nami, a gospody ani widu. Jeść. Umyć się. Spać. Jak już mówiłam, uprzejme drogowskazy zdarzają się rzadko. W związku z tym nie powinnam się dziwić, że kolejny napotkany nie raczył poinformować mnie, że właściciel przydrożnej gospody, w której zamierzałam nocować, niedawno się ożenił i w związku z tym wyjechał z połowicą na karnawał w Fahren... I zamknął gospodę na czas nieokreślony. Szlag człowieka może trafić... Powoli dochodziłam do wniosku, że przydałby się jakiś środek transportu. Albo przynajmniej nowy śpiwór, bo stary został zaanektowany przez kotkę. Straciwszy nadzieję na dotarcie do kolejnej gospody przed zmrokiem zlokalizowałam miejsce nadające się na obozowisko.
Ognisko się pali, ognisko już mruga, czas nową rozpocząć opowieść... O, pardon moi, nawyki postharcerskie. Kotka stwierdziła, że śpiwora mi nie odda, w związku z czym padłam bezpośrednio na trawkę. Byłam na tyle zmęczona, że zasnęłam niemal natychmiast...
Głęboki mrok w odcieniu fioletu - inaczej nie da się określić barwy mego snu. Słyszałam głos... Słowa w nieznanym języku, śmiech, płacz... Krzyk? Smak morskiej wody w ustach i strach, paraliżujący zmysły strach. Piękne, złote oczy wpatrujące się we mnie. Coś niezwykłego było w tych oczach... Kwiatowy wzór odcinający się wyraźnie w mroku. Światło... Myśl, niewiadomo skąd: "Ja żyję..."
Pogrążona w tym błogim stanie pomiędzy snem a jawą grzałam się na porannym słoneczku i zastanawiałam się, co to miało do diabła znaczyć. Owszem, ja miewam bardzo odjechane sny, ale to chyba jednak było zbyt odjechane... A te oczy z czymś mi się kojarzyły... Rozmyślania przerwało mi dziwne uczucie, że coś się nie zgadza. Podniosłam się, odrzucając śpiwór, którym byłam przykryta. Zaraz, zaraz - śpiwór? Czy aby koteczka nie przejęła nad nim pieczy? Rozejrzałam się i mój wzrok padł na nieznajomą kobietę, na oko dwudziestokilkuletnią, pichcącą coś nad ogniskiem. Siedziała odwrócona do mnie plecami, nie mogłam więc dokładnie ocenić jej wzrostu, choć nie było wątpliwośći, że jest ode mnie wyższa (co zresztą nie było trudne). Smukła, ubrana w długą suknię podkreślającą figurę. Krótkie czarne włosy, nieco niesforne, o lekko fioletowym odcieniu. Musiała usłyszeć, jak wstawałam, bo odwróciła się gwałtownie ukazując ładną twarz, o szlachetnych rysach. Wzrok przykuwał kunsztowny tatuaż na prawym policzku przedstawiający jakiś wzór roślinny. W ruchach, gestach, całej jej postawie wyczuwało się niezwykłą grację... Była piękna. A kwintesencja tego niezwykłego piękna znajdowała się w jej oczach. Oczach, które już znałam.
- Więc nie myliłam się sądząc, że tkwi w tobie magia, co koteczko? - powiedziałam śmiejąc się pod nosem. W złotych, kocich oczach dziewczyny zalśniły iskierki rozbawienia.
- Mogłam się domyślić, że się zorientujesz. - odparła i natychmiast zdobyła u mnie plusa. Mam odchył na punkcie głosów. Zwracam uwagę na głos nowopoznanych ludzi. Dziewczyna mówiła czystym, miłym dla ucha sopranem, nieco mruczącym.
- Wiesz, w końcu koty z reguły nie mają skrzydeł, to raz, a dwa nie krzyczą damskim głosem, gdy w Lesie Ciszy atakuje je sfora potworów...
- Punkt dla ciebie. Chciałam ci podziękować za tamto. Prawdopodobnie ocaliłaś mi życie. - uśmiechnęła się rozbrajająco.
- Ależ nie ma za co, to drobiazg. I tak byłam w pobliżu... W zasadzie czemu się tam zapędziłaś? Las Ciszy nie jest bezpiecznym miejscem...
- Herbatki? - pzerwała mi podając kubek.
- A, tak, jasne... Dzięki
- Wiesz, ja nie bardzo znam się na tym świecie... A do lasu trafiłam przypadkiem.
- Nie jesteś z tego świata? - zdziwiłam się.
- Nie... Ale o tym może kiedy indziej, to raczej dłuższa historia. A przecież dopiero się poznałyśmy, panno...?
- Ach, wybacz. Maya. Maya Łuczniczka, dla przyjaciół Mai.
- "Łuczniczka" to nazwisko czy profesja?
- Przydomek. Z zawodu jestem zbrojmistrzynią. A twoje imię...?
- Hm... I tutaj w zasadzie mamy problem. Nie mam pojęcia. - dziewczyna wzruszyła ramionami - Nie pamiętam swojego imienia.
- O, to faktycznie problem... Ale nic, zupełnie? Bo wiesz, nazywanie cię "kotką" jest trochę problematyczne...
- W zasadzie masz rację... Może więc ty nadaj mi imię?
- Ja?! - zdziwiłam się. Ja miałabym nadać komuś imię? Przecież...
- Ocaliłaś mi życie. - mówiła bardzo spokojnie, jakby już dawno podjęła decyzję. - Jeśli nie ty, to kto?
Nie byłam w stanie powiedzieć nic więcej. Zwłaszcza, że już od początku w myślach kołatało mi się słowo dla niej.
I tak Violet stała się moją towarzyszką podróży. I mogę spokojnie powiedzieć, że to było naprawdę dobre zrządzenie losu.
komentarze [8]1. Początki
Wbrew pozorom żyję. I, jakkolwiek oklepanie by to brzmiało, nadal próbuję złapać opowieść za ogon. Ostatnio jest to opowieść o bogach... Albo raczej Strażnikach, bo tak wolą być nazywani. Historia jednak ciągle wymyka mi się z rąk... Oj, straciłam dryg pisarski, coś tak czuję. Cóż, może ta podróż mi jakoś pomoże? Któż to wie...
Z oczywistych powodów wybrałam klasyczny sposób wojaży - na piechotę mianowicie. Konia nie mam, a nawet jeśli, to konno jeżdżę kiepsko... Magia to zdecydowanie nie jest moja mocna strona. Ot, taki los niepozornej istoty płci żeńskiej, rasy do końca nieokreślonej. Podobno jest to człowiek z domieszką krwi elfa. Szczerze mówiąc - nie mam pojęcia, nie znam swoich rodziców, a na jakieś bardziej odjechane badania genetyczne się nie piszę... ZWŁASZCZA gdyby miał to robić ktoś z mojej obecnej "rodzinki"... Niektórzy mogą sądzić, że taka podróż na miesiąc przed osiemnastymi urodzinami to niekoniecznie dobry pomysł... Ale kiedy, jeśli nie teraz? Życie przede mną, pora na szaleństwa jest właśnie w tej chwili...
Zawód zbrojmistrzyni przyniósł mi wystarczającą sumkę, by na jakiś czas móc z czystym sumieniem zamknąć warsztat. Słucham? Co z tego że niepełnoletnia... Warsztat otworzyłam w wieku lat pietnastu i bardzo szybko zdobyłam renomę MIMO młodego wieku. A chcieli mnie wygryźć, sialalala, to ja wygryzłam ich... No dobrze, ale odbiegam od tematu. Miasteczko, w którym pracowałam było niewielkie, nie na tyle jednak, by moje odejście wywołało sensację. I bardzo dobrze, akurat wzruszające pożegnania nie były mi potrzebne... Za miastem droga rozwidlała się w trzech kierunkach. Drogowskaz uprzejmie poinformował mnie, że w prawo zamek księżniczki, w lewo Las Ciszy, a prosto kolejna wioska... Cóż, wiosek to mi akurat dostatek, z jednej się właśnie wyrwałam. Może wpaść do zamku? Tam z reguły było ciekawie... Ale nie, potrzebowałam czegoś niezwykłego, jakiejś przygody...
...opcjonalnie mało wymagającej sieczki na potworach z Lasu Ciszy. Cóż, trochę treningu się każdemu przyda, a ja dawno nie miałam okazji do użycia łuku... Wbrew pozorom Las Ciszy nie jest aż tak niebezpieczny jak niegdyś. Odkąd Magic Knights zajęły się klątwą ciążącą na tym miejscu potworów jest znacznie mniej... Choć magia nadal tam nie działa. W zasadzie, mnie to nie przeszkadza... Jak się zna całe trzy zaklęcia, z czego tylko jedno dobrze... Podziękowałam uprzejmie drogowskazowi, na co ten ukłonił mi się z galanterią i polecił swoje usługi. Doprawdy, rzadko już spotyka się tak dobrze wychowane drogowskazy... Odkłoniłam się i skierowałam w stronę Lasu Ciszy.
Mój łuk był zadowolony. Daaaawno, oj daaaaaaaaaaaaawno nie miałam okazji do porządnego treningu... A trenować trzeba, bo inaczej mięśnie flaczeją, o! A w końcu nie na darmo nazywają mnie Łuczniczką... Lubiłam to. Ten dreszczyk emocji towarzyszący walce... I to, że z reguły coś idzie nie tak, jak być powinno, co jeszcze bardziej zwiększa dawkę adrenaliny. Tym razem był to kobiecy krzyk dochodzący gdzieś zza moich pleców. No proszę, damsell in distress... W zasadzie w Lesie Ciszy to się zdarza, tylko jaka normalna Damsell pakuje się tutaj samotnie?? Okej, ja się nie liczę... Pobiegłam w stronę, z której dobiegał krzyk i po krótkiej chwili wypadłam na polankę pełną potworów. W kilka wpakowałam pół metra drzewca zanim połapały się, co się dzieje. Kolejne jednak zwróciły na mnie uwagę. Część zagrodziła mi drogę do dziewczyny, reszta zaatakowała. To nie była trudna walka. No dobrze, ten śmieszny zmutowany tulipan sprawiał drobne problemy, ale tylko drobne... Wyrąbałam sobie drogę do krzyczącej...
Zaraz, zaraz, jakiej krzyczącej?? W kręgu potworów leżał zmaltretowany kot. Fioletowy. Skrzydlaty w dodatku. Cóż, teoretycznie mógłby to być kolejny potwór, intuicja jednak podpowiadała mi, że to nie pułapka. Złapałam zwierzątko i najszybciej jak mogłam zwiałam z polany.
No i teraz siedzę na skraju lasu, kot, pardon, kotka opatrzona, a ja czekam aż się obudzi... Ciekawe co z tego wyniknie...
komentarze [9]